Odpowiedź
Marzenie o państwie doskonałym jest stare jak filozofia — wystarczy wspomnieć Platona albo renesansową „Utopię” Morusa. Problem polega na tym, że za każdym razem, kiedy ktoś próbuje to marzenie wprowadzić w życie, kończy się to katastrofą. „Rok 1984” Orwella pokazuje właśnie takie państwo, które samo siebie nazywa doskonałym — i jednocześnie jest piekłem. Moja odpowiedź na pytanie postawione w temacie brzmi: zbudować takie państwo można, ale tylko za cenę zniszczenia człowieka.
Oceania, w której żyje Winston Smith, to państwo, które kontroluje wszystko. Telewizory działają w dwie strony — Wielki Brat patrzy na obywatela w łazience, w sypialni, przy śniadaniu. Każde słowo, każdy gest, każdy grymas twarzy może być zinterpretowany jako „myślozbrodnia”. Partia rządzi przez trzy hasła wypisane na ścianach: „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”. To są oczywiste sprzeczności, ale obywatele muszą je uznawać za prawdę — i jednocześnie wiedzieć, że są fałszem. Ta sztuka nazywa się dwumyśleniem i jest podstawą całego systemu.
Do tego dochodzi nowomowa — sztuczny język, w którym z roku na rok ubywa słów, żeby w końcu nie dało się nawet pomyśleć o wolności, bo nie będzie na nią wyrazu. Ministerstwo Prawdy zajmuje się fałszowaniem przeszłości: Winston na co dzień zmienia stare artykuły gazet, żeby zgadzały się z aktualną linią Partii. Ministerstwo Miłości to dom tortur. Ministerstwo Pokoju prowadzi wieczną wojnę. Wszystko ma odwróconą nazwę.
Winston próbuje się buntować — pisze pamiętnik, zakochuje się w Julii, nawiązuje kontakt z O'Brienem, który okazuje się prowokatorem. Trafia do Ministerstwa Miłości. W Pokoju 101 łamią go najgłębszym lękiem — szczurami. Pod koniec powieści Winston nie tylko zdradza Julię, ale szczerze, z głębi serca, kocha Wielkiego Brata. System wygrał. Państwo Orwellowskie jest „doskonałe” w sensie technicznym — nikt mu się nie wymknie. Ale jego doskonałość polega właśnie na tym, że unicestwia w człowieku to, co ludzkie: pamięć, miłość, prawdę.
Kontekst — Aldous Huxley, „Nowy wspaniały świat”
Huxley w „Nowym wspaniałym świecie” pokazuje inną wersję tej samej utopii. Tam nie ma tortur, telewizorów-szpiegów ani Wielkiego Brata. Ludzie są szczęśliwi, bo od urodzenia produkowani w fabrykach, zaprogramowani do swoich kast, karmieni narkotykiem o nazwie soma i seksem na żądanie. Nie potrzebują się buntować, bo nie czują niedosytu. A jednak ten świat też okazuje się odczłowieczony — bo nie ma w nim miejsca na sztukę, religię, śmierć, rodzinę, prawdziwe uczucia. Dziki, sprowadzony z rezerwatu, wybiera śmierć, bo nie potrafi w nim żyć. Orwell pokazuje państwo doskonałe przez strach, Huxley — przez przyjemność. Wniosek z obu jest podobny.
Podsumowanie
„Rok 1984” odpowiada na tytułowe pytanie w sposób bardzo gorzki: doskonałe państwo da się zbudować, ale ceną jest człowieczeństwo obywateli. Każda utopia, kiedy zaczyna się ją realizować naprawdę, zamienia się w dystopię — bo doskonałość systemu wymaga eliminacji wolności, czyli czegoś, co stanowi o nas jako ludziach.